Dopiero po chwili zorientowałam się
że to ja krzyczę. W kawiarni zrobiło się spore zamieszanie. Jenny
zamiatała szkło ze stłuczonej szklanki, ludzie dookoła wymieniali
zszokowane spojrzenia lub spoglądali na mnie ukradkiem. Koło mnie
kucał zdenerwowany Luke. Trzymał mnie za ramię i chyba coś mówił,
ale nic nie słyszałam. Nie mogłam otrząsnąć się po tym co
przed chwilą zobaczyłam. Nie widziałam tylko faceta. To było coś
więcej. I ten ból przeszywający całe ciało... Moje oczy
powędrowały do okna, ale nikogo tam nie było. Czy mężczyzna był
tylko złudzeniem? Czułam, że zaczynam odbierać bodźce i już po
chwili usłyszałam wołanie Luke'a.
- Serene...Serene,
słyszysz? Co się dzieje? SERENE!
Nie odpowiedziałam.
Wsłuchiwałam się w jego przerażony głos. Zastanawiałam się jak
z jego perspektywy wyglądała scena mająca przed chwilą miejsce.
Wiedziałam jak musiała wyglądać z punktu widzenia przypadkowych
ludzi w Sturbucks'ie. Jakaś wariatka nagle zaczyna wrzeszczeć i
osuwa się na krzesło. Boże, co Ci ludzie teraz musieli sobie
myśleć. Miałam ochotę jak najszybciej wyjść z kawiarni.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Spróbowałam ponownie, lecz sytuacja się powtórzyła. Dopiero
trzecia próba okazała się skuteczna.
- Luke...- wyszeptałam
ochryple i wskazałam na wyjście.
Zrozumiał od razu. Pomógł
mi wstać i za rękę wyprowadził z lokalu. Jen poszła za nami.
- Odprowadzę ją. - powiedziała do Lukasa, ale on odpowiedział:
- Nie, ja to zrobię. Musisz pracować, tak?
Podmuch chłodnego
wiatru nieco mnie otrzeźwił. W końcu mogłam normalnie się
odezwać.
- Luke ma rację, Jen, nie będę cię wyciągać z
pracy. Nic się nie stało.
- Prawie zemdlałaś w kawiarni, ale
nie, w ogóle nic się nie stało! - odparła Jenny sarkastycznie.
- Daj jej spokój. Lepiej, żeby poszła już do domu.
- Dobra,
jak chcesz! - Jen nie była zachwycona tym pomysłem. - Koniecznie do
mnie zadzwoń jak przyjedziesz.
- Spoko, Luke mnie chyba nie
porwie – zażartowałam.
Jennifer prychnęła, pocałowała mnie
w policzek i zniknęła w kawiarni. My natomiast ruszyliśmy w stronę
mojego domu. Mieszkałam w typowej londyńskiej kamieniczce przy
ulicy Denbigh, czyli jakieś czterdzieści minut drogi stąd na
piechotę. Metrem około dziesięć minut. Postanowiliśmy jednak, że
zrobimy sobie spacer. Szliśmy w milczeniu, mijając sklepy na Oxford
Street.
- Pójdziemy przez park? - zapytał Luke po chwili.
Pokiwałam głową i
wróciłam do swoich myśli. Czy ten facet był jedynie wyobrażeniem?
I czemu tak bardzo wystraszył mnie widok jakiegoś mężczyzny? Był
dziwny, to jasne. Jednak to co się stało nie było nawet w
najmniejszym stopniu normalne. Nie poczułam przecież tylko strachu,
ale i ból...Ale czy był to ból fizyczny?
- Serene? - szepnął
idący obok mnie przyjaciel i dopiero teraz zorientowałam się, że
trzyma mnie za rękę. Poczułam się nieswojo.
- Mhm?
- Eee...Chciałem cię o coś
zapytać...
- Słucham... -
powiedziałam niepewnie.
- No wiesz...Dawno nie widziałem cię
z Joshem...Dalej jesteś jego dziewczyną?
Auć. Zabolało. Cztery
miesiące temu, jeszcze przed wakacjami spotykałam się z Joshem
Watsonem. Dość długo, prawie rok. Pewnego dnia powiedział, że
nie może tego ciągnąć. Tydzień później przeprowadził się do
Szkocji. Nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktów. Po raz kolejny
stanęły mi przed oczami te wspólnie spędzone miesiące. Pikniki
na łąkach na przedmieściach, spacery po różnych parkach Londynu,
karmienie tych głupich wiewiórek. Wspólny weekend w Paryżu,
wizyta w Disneylandzie...Przypomniałam sobie jak cholernie za nim
tęsknie, chociaż przez dłuższy czas udawało mi się o tym nie
myśleć. Przypomniał mi się jego uroczy uśmiech, łagodny dotyk,
kiedy odgarniał mi grzywkę z czoła, jego śliczne, błękitne
oczy...
Zauważyłam, że Luke patrzy na mnie wyczekująco i
poczułam, że moją twarz pokrywa rumieniec. Na jak długo
odpłynęłam?
- Josh wyjechał do Szkocji cztery
miesiące temu. - powiedziałam sucho, a do oczu napłynęły mi łzy.
Szybko jednak powstrzymałam się od płaczu. Lukas nie odpowiedział.
Szliśmy dalej nie odzywając się do siebie. Nawet nie odnotowałam
kiedy chłopak puścił moją rękę. Gdy zaczęłam się zastanawiać
czy jest na mnie zły, dotarliśmy do mojego domu. Była to typowa
londyńska kamieniczka, wykonana z jasnych kamieni przyłączonych do
siebie. Brzegi ścian pomalowano na biało. Drzwi miały zielony
kolor. Mieszkałam tu z rodzicami od czterech lat. Zaproponowałam
Luke'owi wejście do środka choć nie bardzo miałam na to ochotę.
Na szczęście chłopak odmówił, po czym dodał coś co totalnie
mnie zamurowało:
- Tak właściwie to umówiłem się z
Lou...
Louisa była eks-dziewczyną Lukasa. Dawno o niej nie
wspominał.
- Z Lou?
- Spoko młoda. Chciała tylko pogadać
czy coś. Nie musisz być zazdrosna – rzekł chłopak i puścił do
mnie oko.
Zaśmiałam się i wywróciłam oczami. To był nasz
stary żart.
- No to w takim razie bawcie się dobrze.
Przyjaciel podziękował, przytulił mnie na pożegnanie i poszedł.
Wyjęłam klucze z torebki i otworzyłam drzwi. Zdjęłam moje
podniszczone glany w przedpokoju i udałam się do urządzonej na
fioletowo, przestronnej kuchni. Wyjęłam z lodówki puszkę Pepsi,
po czym szybko weszłam po schodach kierując się w stronę swojego
pokoju. Gdy tylko przekroczyłam próg drzwi moim oczom ukazała się
przytulna sypialnia. Trzy jasno szare ściany, jedna w lazurowym
odcieniu morza. Panele miały kolor jasnego piasku. Z lewej strony
pokoju, w kąciku stało łóżko przykryte chabrową pościelą. Na
wprost od wejścia widniała biała komoda, z prawej strony regał w
tym samym kolorze. Mebel ten skrywał wszystkie moje skarby
rozpoczynając od książek, przez wszelkie gadżety i kończąc na
biżuterii. Na szafce nocnej koło mojego łóżka spoczywał laptop,
a na biurku obok komody znajdował się telewizor. Ściany oklejone
były plakatami, rysunkami i zdjęciami. Zdjęłam dżinsy i rzuciłam
je na krzesło przy biurku. Tak samo potraktowany został mój czarny
T-shirt z Metallicą. Stanęłam przed szafą i wygrzebałam za duże
szare leginsy w dziwne wzory. Jeżeli chodzi o koszulkę to
znalezienie jej zajęło mi więcej czasu. Jeszcze wczoraj pewnie nie
pamiętałabym, że ona tu jest. Nie chciałabym pamiętać że ją
mam. Po przeszukaniu wszelkich zakamarków garderoby wreszcie go
znalazłam. T-shirt Josha. Z Sabatonem, ulubionym zespołem mojego
chłopaka...To znaczy byłego chłopaka...”I'm the lion from the
North” głosił napis z tyłu koszulki, będący tytułem piosenki.
Założyłam ją i zalała mnie nowa fala wspomnień. Spływ Tamizą.
Pierwszy pocałunek w Sylwestra, na Trafalgar Square. Dzień, w
którym mnie zostawił...
Dzień przed tym byliśmy na spacerze,
nie pamiętam dokładnie gdzie. Wszystko było dobrze. Wieczorem
odprowadził mnie do domu, pocałował mnie w czoło, powiedział, że
mnie kocha. Następnego dnia wyglądał na wyczerpanego i smutnego.
Patrzył mi w oczy. To był ostatni raz kiedy widziałam je z tak
bliska, kiedy tonęłam w ich błękicie. Chwilę później rzekł
„Serene, naprawdę nie mogę tego ciągnąć. To koniec. Przykro
mi.” Chciałam to z nim wyjaśnić, ale tydzień później już nie
było go w kraju. Płakałam miesiąc może dwa. Nigdy przy ludziach.
Poczułam, że po policzkach spływają mi łzy. Już nawet nie
próbowałam ich powstrzymywać. Szlochałam leżąc na łóżku i
wtedy to się stało. Ból. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam.
Sturlałam się z łóżka.
Leżałam bezwładnie na podłodze, nie mogąc się ruszyć, czując
tylko pulsujący ból w każdej części ciała. Ostatnie co pamiętam
zanim straciłam przytomność to ukazujący się w mojej głowie
znak z uliczki.
Ale super *.* Więcej, chce więcej. Pożądam więcej *___*
OdpowiedzUsuń